Od redakcji: felieton z sierpnia 2010 roku, napisany w czasie sporu o krzyż przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Publikujemy go w archiwum Lifeportalu w oryginalnej formie.

Zbyt wielu ludzi wdrapuje się teraz na krzyż tylko po to, żeby ich można było widzieć z większej odległości, nawet jeśli w tym celu trzeba trochę podeptać Tego, który znajduje się na krzyżu od tak dawna.
— Albert Camus

Kiedy byłem małym chłopcem, mama w każdą niedzielę brała mnie za rękę i mówiła: dzisiaj synku jest niedziela, a zatem czas iść do kościoła. Ponieważ było to dla mnie nie do końca zrozumiałe, więc często w swej dziecięcej naiwności zadawałem pytanie: dlaczego musimy chodzić do kościoła? Mama sadzała mnie na kolanach i w sposób nad wyraz wyrozumiały i ciepły odpowiadała: Albowiem jesteśmy katolikami synku - i tyle mi wystarczało. Szedłem więc bez zbędnych wątpliwości do świątyni Pańskiej i chłonąłem tam z nieposkromioną ciekawością słowa plebana - kontemplując przy okazji posępną postać Jezusa spoczywającego na krzyżu. Wtedy byłem małym chłopcem…

Dzisiaj jestem mężczyzną i zadaję już inne pytania, szczególnie parę z nich, w dobie dzisiejszych zdarzeń rozgrywających się pod Pałacem Prezydenckim, intensywnie wwierca się w moją dość nadwątloną duszę. Mianowicie:

Co to znaczy być katolikiem? Pomijając przyjmowanie za fakt istnienia Boga i Trójcy Świętej oraz pomijając wszelkie różnice teologiczne zachodzące w obrębie chrześcijaństwa, to co konstytuuje istotę katolika, to przede wszystkim: wiara, nadzieja i miłość, do których ludzie uznający się za katolików są wezwani. Szczególnie ważnym jest tutaj pojęcie miłości Boga i miłości do bliźniego. A zatem można sobie wyobrazić przykład idealnego katolika jako np. obraz św. Franciszka z Asyżu, przepełnionego boską miłością i roztaczającego ową miłość na wszelkie żywe stworzenie. Jednym słowem kochającego, dobrodusznego pacyfistę, podążającego ścieżką Jezusa Chrystusa i objawionych przykazań.

A teraz pytanie rozszerzone - co to znaczy być katolikiem w Polsce? No cóż, to co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu, ukazuje zupełnie odmienny obraz katolika, a ściślej się wyrażając - polskiego katolika, znaczy się tego dobrego. Patrząc na ten cały „krzyżowy zamęt”, odnosi się nieodparte wrażenie, że to co konstytuuje prawdziwego, polskiego katolika to analogicznie: bałwochwalstwo, nieufność oraz wrogość połączona z agresją. Nieuzasadnione kultywowanie ofiar katastrofy oraz niepoświęconego krzyża, nie można nazwać inaczej jak bałwochwalstwem. Nagminne podważanie racjonalnych propozycji i dobrych chęci prezydenta i rządu wobec upamiętnienia katastrofy smoleńskiej, można określić jedynie jako chorą nieufność i podejrzliwość. Zaś atakowanie wszystkiego i wszystkich, którzy mają odmienne poglądy (czytaj nie radykalne, nie absurdalne), trzeba uznać za daleko niekatolicką, inwazyjną postawę (aczkolwiek znajdującą swoje korzenie w historii chrześcijaństwa). Kiedy więc obserwuję to niepokojące zjawisko, przychodzą mi jedynie na myśl słowa Stanisława Jerzego Leca: Chwali się ten i ów, że za Chrystusem idzie. Po co? By go spotkawszy, krzyknąć mu: Ty Żydzie!

Co symbolizuje krzyż? Przede wszystkim życie. Symbolizował je u Asyryjczyków i Egipcjan, również u ludów pogańskich Europy, gdzie często był łączony z symbolem słońca, niosącym między innymi życie. Podobnie u chrześcijan, a w tym u katolików krzyż w swej najprostszej formie ma symbolizować życie, nowe życie dla ludzkości odkupionej z grzechu, za które w imię miłości do człowieka Bóg poświęca swojego ukochanego syna. A zatem obok życia również miłość staje się nieodzownym elementem symboliki krzyża. Jest i oczywiście ofiara, ale stanowi ona jedynie pomost do rozumienia prawdziwego znaczenia symboliki krzyża i ukrzyżowania Jezusa. Co zaś symbolizuje dzisiaj krzyż pod Pałacem Prezydenckim? Symbolizuje nienawiść, kult śmierci, niezgodę, fanatyzm przemieszany z interesem (godny Urbana II)

i oczywiście permanentną potrzebę poszukiwania spisku, zamachu i winnych.

Czy krzyż jest symbolem politycznym – odpowiedź brzmi - nie. A zatem co robią politycy największej partii opozycyjnej w tłumie „krzyżowców”? Ja wiem, że Polska to młoda demokracja, ja to już słyszę nie od dziś, że trzeba być wyrozumiałym, ale na Boga o wielu twarzach i kolorach skóry, czy bycie jednym z czterystu sześćdziesięciu wybrańców narodu nie zobowiązuje przypadkiem do znajomości konstytucji? Pójdę dalej w swej jakże naiwnej logice, czy nie jest paradoksem, że politycy sygnujący się nazwą Prawi i Sprawiedliwi, uczestniczą w łamaniu prawa, albo co najmniej przyzwalają na nie? I nie idzie tutaj o to, że popieram czerwonych, czarnych czy białych, idzie o fundamentalną poprawność i szacunek wobec społeczeństwa myślącego. Pytam retorycznie, czy swastyka jest symbolem politycznym?

Gdzie jest miejsce krzyża? Miejsce krzyża jest w kościele i w sercu każdego, kto za członka tegoż kościoła się uważa – i nie ma Boże odpuść. Ale najwidoczniej sam Kościół o tym zapomniał. Kiedy idzie o sprawy aborcji i eutanazji, wtedy Kościół rośnie, rozwiera paszczę szeroką od Bałtyku po Tatry i gotów jest pożreć każdego, kto tylko sprzeciwia się tomistycznym poglądom na życie i filozofii personalistycznej. Kiedy pojawia się pomysł, aby zdjąć krzyże ze szkolnych sal, wtedy na ambonach słychać ryk straszliwy, że krzyż, krzyż musi wisieć! - w myśl zasady - co ma wisieć nie utonie. A dzisiaj? A dzisiaj Kościół nabrał wody w usta, zmalał, skarlał, podwinął ogon i uciekł. To ja się pytam, po co ta hierarchia kościelna, skoro nikt jej nie respektuje, po co ta cała idea duszpasterstwa, jak wystarczy rzucić parę monet, a kler pierzcha w podskokach niczym antylopa przed lwem, niczym oblubieniec przed obłapiającą oblubienicą. Tak wiem, już to słyszałem: Kościół nie jest stroną tego sporu, bo nie on stawiał krzyż, ani ów krzyż nie znajduje się na terenie należącym do Kościoła - i co to w istocie swojej znaczy? Znaczy ni mniej, ni więcej, a tyle, że Kościół nie ma w tym interesu, bo jak zwykle wiara i jej symbole muszą iść w parze z interesem.

Komu zależy na krzyżowej awanturze? Tonący brzytwy się chwyta, nawet jeżeli ta brzytwa ma mocno pokiereszować dłoń chwytającego. Nie jest żadną tajemnicą, że największa partia opozycyjna tonie niczym Titanic, Smoleńsk przekreślił wszelkie marzenia o powrocie do dużej polityki. Ale o dziwo! - nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – z iście diabelską przewrotnością pojawiła się w szeregach opozycyjnych myśl, aby obrócić katastrofę na swoja korzyść, aby zagrać na sentymentalizmie Polaków, zbudować mit godny powrotu do władzy. Owa myśl miała się już urzeczywistnić w kampanii, ale ostatkiem racjonalizmu i przyzwoitości została zamieciona pod wyborczy dywan, i zdawać by się mogło, że opozycja bezpowrotnie utraciła jedyną szansę by wykorzystać – powtarzam w iście diabelski sposób – katastrofę i przechylić szalę wyborczą na swoją korzyść. Zdawać by się mogło, ale! Ale pojawił się krzyż, z początku małe zjawisko, ot taka godna pochwały inicjatywa harcerska, wyrażająca szacunek i oddająca cześć (nie kult) ofiarom katastrofy, w swym założeniu mająca jednoczyć Polaków. Jakże dalekie to wszystko okazało się od początkowych dobrych intencji, kiedy w zjawisko krzyża wmieszała się inwazyjna polityka największej partii opozycyjnej – polityka węsząca swojej szansy.

Jak wiadomo dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane, a z piekłem mamy właśnie do czynienia.

Kto ucierpi na sprawie krzyża? Chciałoby się powiedzieć sam Chrystus, ale Chrystus nikogo nie obchodzi, nie obchodzi ani zwolenników krzyża, ani przeciwników. Ucierpi natomiast Państwo, Kościół, wiara i sami ludzie. Państwo Polskie już z wolna staje się pośmiewiskiem w Europie, pośmiewiskiem także dla samych Polaków, na oczach których robi się jaja z prawa, konstytucji i katolicyzmu. Ucierpią sami katolicy, którzy odtąd kojarzeni będą z fanatyzmem religijnym i oszołomstwem. Ucierpi także Kościół, który straci wiele w oczach wiernych i myślących. Bo miedzy Bogiem, a prawdą kryzys pisany przez duże K, to się dopiero do nas zbliża, i bynajmniej nie idzie tutaj o kryzys gospodarczy. I niech nikt nie ma wątpliwości, że tablica pamiątkowa rozwiąże problem krzyża. Ten krzyż jeszcze długo będzie stał wyłomem w polskiej świadomości, nawet gdy go już nie będzie.