Właściciele sklepów i marketingowcy poszczególnych marek dbają o to, byśmy zostawili w kasie jak najwięcej pieniędzy. W końcu po to powstał sklep, by na siebie zarabiać. Naiwnością byłoby myślenie, że sprzedawcy będą wobec nas szczerzy i uczciwi, jeśli współczesny świat podsuwa im kolejne narzędzia manipulacji. Wejście do hipermarketu jest tak naprawdę wejściem w inną rzeczywistość, rządzącą się własnymi prawami – prawami handlu, marketingu, reklamy. Wyczulone oko znamiona manipulacji może zobaczyć na każdym kroku. Jak się bronić przed zabieraniem kolejnych złotówek z naszej kieszeni? Przede wszystkim należy prawa tej „dżungli” znać, by widzieć pułapki, jakie zastawiają na nas sprzedawcy. Pierwszą obroną przed manipulacją jest świadomość bycia manipulowanym. Nieświadomy konsument bezrefleksyjnie wrzuca kolejne produkty do kosza – pierwsze, które znajdą się pod ręką. Ucieszy się z promocji, z tego, że coś, co mu jest potrzebne, akurat ma pod nosem. I tak właśnie w koszyku tworzy mu się stos rzeczy zbędnych, produktów droższych i przedmiotów, po które wcale do sklepu nie przyszedł. Zastanówmy się, skąd się to bierze – przejdźmy się po hipermarkecie i spójrzmy sceptycznym okiem.

Hala marketu jest zamkniętą i dobrze przemyślaną przestrzenią. Został przewidziany niemalże każdy krok przeciętnego konsumenta. Klient wchodzi przez bramkę i co widzi? Promocje! Promocyjne produkty, zazwyczaj związane z danym okresem roku (np. rozpoczęciem roku szkolnego, świętami, porą roku, itp.), leżą pod nosem. Każdy się ucieszy – jak szuka czegoś z tego działu – nie musi szukać. A jeśli nie szuka, to i tak się rozejrzy. Któregoś dnia, gdy weszłam do takiego sklepu, znalazłam się wśród szkolnych akcesoriów dla dzieci. Kilka minut tam spędziłam, choć mi nic nie było potrzebne, a żadne z dzieci w mojej najbliższej rodzinie nie chodzi do szkoły! Minęłaby jeszcze chwila, a kupiłabym parę zeszytów...

Pierwsze kroki w markecie zrobiliśmy i już kilka rzeczy, o których w ogóle nie myśleliśmy może pojawić się w koszyku. Ale to nie wszystko. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego gdy wchodzicie do marketu, to wszędzie macie daleko? To nie jest głupota projektantów, zarządzających. Wręcz przeciwnie! To kolejny chwyt służący temu, żeby klient jak najdłużej został w sklepie, jak najwięcej działów, promocji, produktów po drodze obejrzał. Która z pań nie zerknie chociaż kątem oka na bluzki wiszące przy alei głównej, gdy będzie przechodziła między działem warzywnym a mięsnym? Klucząc między kolejnymi regałami, po coś w końcu sięgniemy. Zwłaszcza, gdy zobaczymy zachęcający napis „Promocja!”.

Chyba nikogo nie muszę przekonywać, że informacja o promocji jest jednym z największych kłamstw sprzedawców. Cena produktu sprzedawanego w promocji może nie być wcale konkurencyjna wobec innych towarów. A jeżeli cena jest promocyjna, należy się zastanowić nad jakością produktu. Sklep nie rozdaje prezentów – on zarabia. Dlatego nie zrezygnuje ze swojej marży wyłącznie dla dobrego samopoczucia i pełnego portfela klienta. To są, niestety, twarde prawa rynku.

Idźmy dalej. W czasie naszej podróży po hipermarkecie szukamy poszczególnych produktów: Klej. O, klej! – do koszyka. Masło. O, masło! – do koszyka. Musztarda... i tak dalej. Często jest tak, że jak tylko znajdziemy produkt, patrzymy pobieżnie na markę i wrzucamy do wózka, zadowoleni, że coś znaleźliśmy. Specjaliści od manipulacji czy też marketingu też to wiedzą – dlatego marki stojące na wysokości oczu nie stoją tam przypadkowo. Wyobrażacie sobie, żeby ketchup „Pudliszki” stał na najniższej półce, przy naszych nogach? To niemożliwe – tam stoją marki mniej znane. Produkty na wysokości oczu są zazwyczaj droższe. Jeśli chodzi o jakość – bywa różnie. Nie zawsze biorąc te produkty popełniamy błąd! Nie chodzi przecież o to, byśmy za każdym razem z drgającą ręką sięgali po produkt X i zastanawiali się nad trafnością naszej decyzji. Chodzi o to, by nie wrzucać bezrefleksyjnie kolejnych produktów, nie mając w głowie świadomości, że następne z naszych zakupów nie są naszą decyzją, ale czyjąś grą, która ma uszczuplić nasz portfel.

Kiedyś przydarzyła mi się ciekawa sytuacja. Nie wiem jak inni, ale ja niecierpię wybierać przypraw – czasem dziesięć minut szukam wśród nazw tego, czego chcę. Dlatego powinnam była się zachwycić, gdy pewnego razu podeszłam do regału z przyprawami, przy którym stała ślicznie ubrana blondyneczka – zapytała, czego potrzebuję i po trzech sekundach podała przyprawę do ręki. Ale wziąwszy i podziękowawszy, odeszłam z kwaśną miną, bo poczułam, że nie miałam wyboru – kobieta promowała wybraną firmę. Musi coś w tym być, jeśli producent jest zdecydowany zatrudnić promotorkę, która dostaje około 10 złotych za godzinę pracy, do podawania przypraw! Wniosek jest nadzwyczaj prosty – on na tym zarabia. Nieraz za taką promotorkę robią znów wspomniane wcześniej promocje – jak szukamy proszku do prania, a mamy go pod ręką i jeszcze dodatkowo w promocji, to go kompulsywnie wkładamy do koszyka.

Na sam koniec, gdy podchodzimy do kasy zmęczeni bieganiem od regału do regału, mamy źródełko z napojami, słodyczami, drobiazgami, o których na pewno zapomnieliśmy. Nie chcąc stracić miejsca w kolejce, bierzemy z lodówki przy kasie herbatę mrożoną (chociaż jej nie lubimy), a nie sok pomarańczowy, który jest kilka alejek dalej, na regałach. Czekając na swoją kolej, kilka minut patrzymy na słodycze, aż nabieramy na nie ochotę. Potem wrzucamy batonik do koszyka.

Na szczęście, za kasą wychodzimy już ze świata manipulacji, dochodzimy do siebie. Tylko jeszcze ten rachunek – czemu on taki wysoki?

Na ten rachunek nic się nie poradzi – trzeba zastanowić się, co zrobić, by następny nie był taki sam. Najprostsza z metod to ścisła lista zakupów, poza którą nie możemy wyjść. Pozwala ona nie tylko na ograniczenie ilości zakupionych produktów, ale też skrócenie trasy, którą odbędziemy w sklepie. Wydłużanie jej powoduje nie tylko to, że natykamy się na kolejne „promocje” i chwyty, ale zmniejsza też naszą „odporność”.

Kolejnym rozwiązaniem, które nas uchroni przed ulęgnięciem manipulacji jest obserwacja. Wszelkie „prostsze rozwiązania” powinny nas napawać głębokim sceptycyzmem. Hipermarket dla ludzi oszczędzających, dbających o budżet musi być miejscem wytężonej uwagi i nieprzerwanej samoobserwacji – po co bierzemy dany produkt, czemu nie inny. W utrzymaniu uwagi przeszkadza nam wiele czynników – tłok, muzyka, nadmiar bodźców wzrokowych (teraz pojawiają się nawet telewizory). To wszystko sprawia, że mamy ograniczoną zdolność percepcji. Działa druzgocąco na naszą uwagę. To także jest celowym działaniem, które się przelicza na gotówkę. Gotówkę, która trafia do kieszeni właściciela.. Jesteś przerażony? Nie martw się, wszystko ma swoje dobre strony. Jeśli będziesz próbować obserwować próby manipulacji, coraz więcej niuansów będziesz wyłapywać. Wyszukiwanie chwytów marketingowych i oszukiwanie ich może być świetną zabawą umysłową. Nie wierzysz? Spróbuj!