Wielkie poruszenie wywołała wśród znajomych informacja o kierunku mojej urlopowej podróży. Nie była to Chorwacja, Hiszpania czy choćby „polskie morze”. Na słowa Łotwa i Litwa reagowali zdziwieniem i mówili: „Przecież tam nic nie ma”. Stereotypowo nie powinny to być atrakcyjne miejsca. Popularne jedynie wśród starszych Polaków, wracających na Kresy. Młodzież, wydawałoby się, wyrusza tam jedynie pod presją rodziców. Dopiero na miejscu mogłem zrozumieć jak mało prawdy jest w tym stereotypowym stwierdzeniu. Wyruszył w końcu na podróż do nowej Europy, wciąż nieznanej mimo 20 lat niepodległości Litwy i Łotwy.

Kraje nadbałtyckie, mimo ostrzeżeń o skutkach światowego kryzysu, są wciąż miejscem wypraw, młodzieńczej przygody dla europejczyków ze „starej Unii”. Na szlakach łatwo spotkać Szwedów, Niemców, Finów, jak również otwartych na zachód Rosjan. Wyprawa na wschód przerodziła się więc w odkrywczą i orzeźwiającą podróż.

Odkrycie pierwsze – Rosyjskie disco. Żegnało mnie z Polską. Witało na Litwie. Utkwiło w pamięci tylko przez swoją nachalność. Ile można wytrzymać trzasków, szumów, jęków przypominających disco, rap czy pop w autobusie podczas całonocnej podróży z Warszawy do Wilna? Zdecydowanie długo, gdy rosyjscy „koledzy” wspaniale się przy tym bawili, popijając, od czasu do czasu, i molestując kierowcę o jakikolwiek przystanek na drodze. Uratowała nas… dziewczyna. Mająca najwięcej odwagi, uciszyła rozrywkowe towarzystwo, tradycyjnie zajmujące tylnia część autokaru. Lekko podpici w końcu zasnęli, podobnie jak reszta wesołej drużyny podążającej w stronę litewskiej granicy, za którą powitał nas nieśmiertelny przebój radzieckich wakacji.

Zaczęły się moje „kanikuły” wraz z kolejnym spektakularnym odkryciem – ryską secesją. Ryga sama w sobie jest cudem. Miastem przepięknym i historycznie bogatym. Niestety, zniszczonym niezrozumiałą socrealistyczną odbudową starego miasta. Zapominając jednak o estetycznych horrorach jakie spotkały mnie na ryskim rynku poszedłem szlakiem rzadziej uczęszczanym. Dzięki własnej ciekawości, odkryłem ryską secesję. Przewodniki wspominają o olśniewającej ulicy Alberta, o kamienicach wokół bulwarów, jednakże wiele osób odpuszcza sobie tę atrakcję skupiając się na starym hanzeatyckim mieście. Budowle zaskakują kolorami - błękitami, czerwienią, oraz kształtami – hipnotyzujące płaskorzeźby czy przerażające niekiedy maszkarony. Większość imponujących kamienic jest dziełem Michaiła Eisensteina. Znane nazwisko? Oczywiście, znane z pamiętnego filmu „Pancernik Potiomkim”, którego reżyserem był syn Michaiła, Sergiej. Ryska art nouveau musiała zachwycić również radzieckich dygnitarzy, inaczej by nie przetrwała, w obliczu oficjalnej propagandy uznającej secesję za skrajny przejaw burżuazyjnej dekadencji.

Odkrycie trzecie – Europa na Wschodzie. Mimo wszędobylskiego języka rosyjskiego, którym posługiwali się nawet uliczni grajkowie (nie wiem jak często zdarzało mi się usłyszeć język łotewski), nie ulega wątpliwości, że Ryga jest miastem europejskim. Podkreśla to nie tylko historia (miasto założyli Niemcy) i przynależność do Hanzy, lecz również mentalność ludzi. Łatwość w porozumieniu się językiem angielskim, dostęp do sieci internetowej, czy nawet tak popularne w wielu miastach europejskich wypożyczalnie rowerów, tworzy ze stolicy Łotwy miasto przyjazne turystom. Ryga ze swoim portem pełnym ekskluzywnych promów i wycieczkowców, wpisuje się w krajobraz bałtyckiego wybrzeża, jako perła, choć właściwie należy ją określić jako bursztyn, ściany wschodniej Unii Europejskiej. Miasto czyste, otwarte, choć nieprzeludnione tysiącem turystów. W swych malowniczych średniowiecznych uliczkach i bramach czarująco kusi coraz liczniejsze grono europejczyków, jak również Rosjan, dla których od lat Ryga była namiastką zachodu.