Wspólnie poszukiwaliśmy wolontariuszy – informatyków, którzy jednorazowo pomogą w tworzeniu aplikacji internetowych, a potem, jeśli będą mieli taką ochotę, zostaną odpowiedzialni za ich dalszy rozwój.

„Jakim problemem będzie znalezienie takich wolontariuszy?” myśleliśmy sobie. Przekazałem ogłoszenie znajomemu ze szkoły średniej o profilu informatycznym. W klasie było trzydziestu uczniów. Czekaliśmy ponad 4 miesiące. Odezwał się jeden ochotnik. Młody chłopak, pełen pasji i zaangażowania. Po udzieleniu pomocy znajomemu w tworzeniu aplikacji internetowych, zapytałem się go bez wahania, czy nie mógłby skontaktować się z większą ilością chętnych?

Jego odpowiedź mnie zszokowała, a brzmiała mniej, więcej tak: „Nie ma szans. U nas połowa klasy nie zna dobrze budowy komputera, nie mówiąc o obsłudze Internetu. Każdy ma gdzieś informatykę, a głównym mottem jest „oby do piątku”, a potem już luźno”.

Pragnąłbym dodać, że gdy pada słowo „wolontariusz”, to młodzi ludzie uciekają tam, gdzie „pieprz rośnie”. To przykre, w jakim społeczeństwie żyjemy. Kiedyś młodzi ludzie kształcili się na wybitnych uczelniach, dyskutowali w dużych grupach nad danymi problemami, udowadniali innym przeróżne rzeczy.

Dzisiaj „młodziak” woli podyskutować sobie o tym, „jaki syf panuje w budzie, dlaczego stara nie chce dać kasy na fajnego shirta”, przy dużym kuflu piwa w pubie. Nierzadko w ogóle nie dyskutuje, tylko idzie do klubu, gdzie przetańczy całą noc i ledwo żyw wraca do domu, a budząc się następnego dnia nie pamięta połowy wczorajszego wieczoru. To właśnie efekt terminu „oby do piątku”, a z nim wiąże się następne niesympatyczne określenie „subkultury weekendowych baletów”, czyli ciągłej zabawy przez okres od piątkowego wieczoru, aż po niedzielny poranek.

Przykry jest obraz dzisiejszego, młodego społeczeństwa. Obraz spowodowany rozłamem poważnej niegdyś instytucji rodziny. Jakie czynniki wpłynęły na ten rozłam? Rozmaite. Począwszy od „pogoni za pieniędzmi”, poprzez przedkładanie wartości materialnych ponad duchowe, coraz mniejszą umiejętność rozmawiania i spotykania się z bliskimi, na patologiach społecznych w postaci alkoholizmu oraz zażywania narkotyków kończąc.

Brak idei, celu w życiu i poczucia jego sensu wywołuje u młodzieży coś co nazwałbym „letargiem”. Tańczą, piją, bawią się, jakby to było ich jedynym wyjściem z problemów, których z dnia na dzień jest coraz więcej.

Gdy rozwiązanie problemu przerasta ich, sięgają po „półśrodki” – alkohol, narkotyki. Wszystko po to, aby oddalić stresującą sytuację na plan dalszy, aby teraz było dobrze.

Ambrose Bierce, amerykański dziennikarz pisał, że „cel to zadanie, które wyznaczamy naszym marzeniom”. Sprawmy by tym celem stało się coś naprawdę ważnego – miłość, rozwijanie zainteresowań, a nie „subkultura weekendowych baletów”.